Opowieść o Władku

przez | 8 grudnia, 2025

Na początku lat 90-tych w Polsce rolnicy posiadający niewielkie gospodarstwa mieli wybór: skonstruować SAM-a, kupić używane C-330 lub kupić ciągnik rolniczy marki MTZ T-25. SAM-y nie były już popularne ze względu na dużą awaryjność i brak dokumentacji technicznej, C-330 nadal były drogie a ciągnik białoruskiej produkcji? Był mniejszy od C-330 i lżejszy a przy tym od niego tańszy. W ten sposób poczciwy „Władek” stał się popularnym narzędziem pracy. Jego historia sięga 1966 roku – czasów, gdy koń był jeszcze wykorzystywany jako „napęd” dla maszyn rolniczych. ZSRR potrzebowało sprzętu rolniczego.

Zakłady Traktorowe w Mińsku powstały w 1946 roku na bazie inżynierskiej dawnych zakładów lotniczych. Właśnie w tych zakładach produkowano tzw. „Kirowca” – ciągnika gąsienicowego oraz ciągnik leśny TDT-40. Skąd je znamy? Były eksportowane do „Demoludów” i były cenione za prostą konstrukcję oraz łatwość w naprawach. MTZ (po naszemu – Mińska Fabryka Traktorów) miał być odpowiedzialny za projekt nowego ciągnika i jego wielkoseryjną produkcję. Jednak zamiana konia na pierwszy ciągnik nie była łatwa. Na początku lat 60-tych rolnik utrzymujący się z pracy na kilku hektarach mógł jedynie o nim pomarzyć.

W tym okresie stary zdezelowany Fordson był marzeniem. Lanz był powolny i trudny w utrzymaniu a nowoczesne ciągniki? W czasie, gdy własność prywatna była ograniczana do minimum tylko najbogatsze państwowe gospodarstwa rolne mogły pozwolić sobie na tak znaczny wydatek. Tymczasem nowy model miał poradzić sobie z gospodarowaniem w gospodarstwach o areałach kilkunastu hektarów, być tani, prosty i dostępny. To miała być prawdziwa rewolucja w mechanizacji. I była. Wreszcie stary koń mógł odpocząć, zastąpić go miał koń mechaniczny. Poczciwy „Władek” miał wiele zalet.

T25 podczas pracy

Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Był lekki – ważył 1500 kg a do jego napędu służył dwucylindrowy diesel o mocy 25 KM. Napęd na tylne koła przenosiła przekładnia z 8. biegami do przodu i 6 do tyłu. T25 potrafił rozpędzić się do 30 km/h i miał udźwig na podnośniku hydraulicznym do 800 kg. Mało? Tak, ale to wystarczyło do sprawnej pracy w rodzinnym gospodarstwie, gdzie zbiory liczone w tonach nie były częstym zjawiskiem. Ciągnik szybko stał się popularny w „Demoludach”. W 1973 roku przeszedł gruntowną modernizację, w której poprawiono jego uciąg oraz wygodę podróżowania. Tak, to również było ważne.

Podobne teksty:  Syn Forda

Od tego momentu ciągnik zyskał więcej wyposażenia dodatkowego, w tym trzy wersje „nadwozia”. Wcześniej oferowano wersję bez kabiny jako podstawową. Kabina była wyposażeniem dodatkowym. Nowy model był dostępny bez kabiny, z brezentową mocowaną na stelażu oraz z kabiną stalową z szybami i drzwiami. Od 1977 roku MTZ zaczął sprzedawać ciągnik na wymagającym europejskim rynku. Wersja eksportowa posiadała inne reflektory, zmieniony filtr paliwa oraz stalową kabinę w standardzie. Nadal była tańsza niż konkurencja a klienci wybaczali mu wiele drobnych awarii.

Ciągniki tej marki w Polsce pojawiły się na początku lat 70-tych. Sprowadzane je drogą kolejową a ceny zaczynały się od około 110 tysięcy złotych. Co ciekawe, pomimo konkurencji ze strony Ursusa, ceny ustalono na niższe od około 10-15 tysięcy niż C-330. Ceny Ursusa startowały od około 130 tysięcy złotych To przyciągnęło klientów, ale szybko pojawił się problem. Pomimo niewątpliwych zalet w postaci prostej konstrukcji i niskiej ceny MTZ miał poważną wadę. Związana była z jego przeznaczeniem. Ursus potrafił ciągnąć za sobą przyczepę i miał bogaty katalog akcesoriów.

„Władek” w całej okazałości

Źródła: Youtube, sprzedajemy.pl

MTZ T-25 nie był przystosowany do ciągania przyczep. Absurd? Nie, w Europie miał być przeznaczony do sadownictwa lub do prac ogrodniczych, ale nie do ciągania dużych przyczep. Problem został rozwiązany a „Władek” zaczął ciągać przyczepy. Ich masa całkowita musiała być mniejsza niż C-330, ale to zwiększyło krąg odbiorców. Polacy szybko znaleźli sposoby aby do T-25 dostosować krajowe maszyny. W ten sposób „Władek” wjechał w lata 90-te jako ważny konkurent dla ciągników krajowej produkcji. W zwiększeniu sprzedaży pomogło otwarcie się kraju na gospodarkę wolnorynkową.

Tani, prosty ciągnik był tak popularny w pierwszych latach transformacji ustrojowej, że kilka firm postanowiło sprowadzać je w częściach i składać na potrzeby rynku krajowego. Dotychczasowi producenci części rozpoczęli produkcję zamienników. Niestety od samego początku był problem z ich jakością i „Władek” często psuł się powodując przestoje w gospodarstwie. Co prawda były krótkie, ale problem pozostał aż do spadku zainteresowania tym ciągnikiem. „Władek” miał słabe sprzęgło. Miał problemy z ciśnieniem oleju i lubił przeciekać wszystkimi możliwymi płynami.

Podobne teksty:  O Ładzie, czyli z ziemi włoskiej do ... ZSRR

W połowie lat 90-tych model T-25 został zastąpiony przez zmodernizowaną wersję T-30. Silnik zyskał dodatkowe 5 KM, zwiększył się udźwig i szybkość napędu WOM. Karoseria (czyli maska i kabina) została odświeżona, ale nie było wyraźnych różnic pomiędzy T-25 a T-30. W tym czasie ciągniki MTZ pod własną marką produkował PRONAR. Na początku XXI wieku MTZ przestał być konkurencyjny wobec małych ciągników japońskiej produkcji, które sprowadzali prywatni importerzy. Wraz ze wzrostem popularności azjatyckich marek nastąpił spadek zainteresowania „Władkiem”, ale nadal jest obecny w małych gospodarstwach.

Drzwi jak w Rollsie

Źródło: Agrotrader

Czy MTZ-y zniknęły z polskich wsi? Nie. Wciąż można je spotkać w mniejszych gospodarstwach, gdzie rolnicy są już w „słusznym wieku”. Zwykle są w dobrym stanie technicznym – odmalowane i wciąż sprawne pomimo wieku około 40 lat. To najlepszy dowód na to, że prosty sprzęt najdłużej służy. „Władek” to ważny element historii polskiej wsi. Obecnie ciągniki wyprodukowane przez MTZ są sprzedawane pod marką Belarus i znajdują się na „liście sankcyjnej”. Z jakiego powodu? To chyba wiemy wszyscy.

Visited 18 times, 1 visit(s) today

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *