“Spójrz tam, opowiem Tobie jak wygląda idealne okrążenie …” – tak zaczyna się film promocyjny, który ma nas zachęcić do zakupu biletu na “Ford VS. Ferrari” (albo, jak to woli, na “Le Mans 1966”). Czy warto wydać te pieniądze na historię, która wydarzyła się kilkadziesiąt lat temu i zmieniła dotychczasowe postrzeganie marki Ford?
Zacznimy od początku. To film, w którym rodzina Fordów i Enzo Ferrari grają role drugoplanowe. Najważniejszy jest Carroll Shelby – człowiek, który w nadwozie brytyjskiego roadstera wkłada amerykańskie silniki (w tej roli Matt Damon) i kierowca, który jest tak samo skuteczny na torze jak i szalony poza nim. Tym ostatnim jest Ken Miles – charyzmatyczny kierowca wyścigowy (postać gra Christian Bale). Obie postacie są oczywiście autentyczne i to wokół ich relacji oparta jest cała fabuła, którą uzupełniają w kilku scenach inne postacie. Jak to się zaczyna?
Pierwszy trailer filmu
Źródło: Youtube/20th Century Fox
Punktem wyjścia do fabuły jest „magiczne” słowo “nie” wypowiedziane przez Enzo Ferrari, gdy ten odmawia sprzedaży swojej fabryki delegacji wysłanej przez Forda Juniora (Henrego Forda II, którego gra Tracy Letts). Ford wraz z całą fabryką chce przejąć sukcesy sportowe Ferrari, które od początku lat 60-tych wygrywa Le Mans. Ford, ani żaden amerykański producent, nie może dorównać europejskim producentom. Amerykanie są w stanie zrobić mocny silnik, ale to Europejczycy tworzą pojazd, który dobrze hamuje i skręca.
Jaki jest Caroll Shelby? Tylko Shelby jest w stanie połączyć amerykański silnik z europejskim podwoziem i jest w stanie sprawić, że to połączenie będzie się sprawdzać na torze. Ma licencję pilota, brał udział w wojnie, jest mechanikiem i … potrafi liczyć. Czego chce od Forda? Chce pieniędzy, czego nie kryje (w zamian dostaje … krótki termin na realizację planu) . Chce, żeby nikt nie wtrącał się w prace jego zespołu. Jednocześnie czyni Mustanga szybszym wprowadzając na rynek wersję GT 350 i pracuje nad szkieletem, w oparciu o który powstanie przyszły Ford GT40.
W filmie Shelby pokazany jest jako “umysł zerojedynkowy”. Jest skuteczny i wie czego chce. Ma uczucia, ale prowadząc negocjacje nie okazuje ich. Nawet, gdy pokazuje efekty swojej pracy Fordowi – zaskakuje pewnością i stara się naśladować Enzo Ferrari. Stara się mówić “mówisz i masz” a Ford wreszcie wierzy, że wygrana jest możliwa. Tymczasem Shelby ma pewność – jest pewny, że absurdalnie krótki termin, który dał mu Ford nie jest krótki. Szczególnie, gdy zespół pracuje całą dobę – testy odbywają się w nocy aby oddać atmosferę 24-godzinnego wyścigu.
Nietrudno zgadnąć, że sceny wyścigu nakręcono z należytą dokładnością. Mamy wypadki – latające części bolidów, efektowne poślizgi i pożary. Oczywiście – do scen wyścigu użyto replik, ale ich wykonanie jest na tyle dobre, że trudno je odróżnić od oryginału. Cobra wygląda jak … Cobra, Ford … jak Ford. Jedynie w kilku scenach pojawiają się prawdziwe Cobry, Ferrari i Ford GT40. Czy te sceny są najważniejszą częścią filmu? Nie. Najważniejsza jest rywalizacja, ale umysłów i charakterów kilku upartych ludzi. Wyścig jest jedynie “wisienką na torcie”.
Taką „wisienką” jest również rola Christiana Bale. Uosabia wszystkie cechy kierowcy wyścigowego tamtych czasów – wie, że będzie żył krótko i intensywnie, dlatego bywa nieobliczalny I arogancki. W przeciwieństwie do większości europejskich kierowców ma jednak rodzinę, której fundamentem jest jego żona. Scena, w której rozpoczyna bójkę ze Shelbym doskonale pokazuje jacy byli wtedy kierowcy wyścigowi. Czy Ken Miles taki był? Chwilami jest to postać przerysowana, ale nie odbiega od naszych wyobrażeń o śmiałkach, którzy ginęli na torach wyścigowych w tamtym czasie.
Cichymi bohaterami tego filmu są: Lee Iacocca (gra go Ion Bernthal) i sam Ford GT40. Ten pierwszy to czarodziej amerykańskiej motoryzacji – to on tworzy Mustanga, któremu Shelby „dodaje skrzydeł”. Sceny z powstawaniem i testami Forda GT 40 to hołd dla “garażowców”, którzy wtedy próbowali nawiązać walkę ze zwycięzcami dysponującymi nieograniczonym budżetem. Ford taki miał, ale GT 40 nie powstawało w wielkiej fabryce. Było to motoryzacyjne chałupnictwo pod patronatem giganta. GT 40 nie pojawia się znikąd, ale ewoluuje.
Drugi trailer filmu
Źródło: Youtube/20th Century Fox
GT 40 na początku nie jest idealny – ciągle się psuje. Jest za słaby a jego układ chłodzenia doprowadza do pożaru i opóźnienia prac. Shelby powoli wprowadza zmiany – większy silnik, mocniejsze hamulce, inne wloty powietrza czy tylny zintegrowany spojler. Samochód przechodzi badania aerodynamiczne niczym samolot. Nawet podczas testów torowych za pomocą prowizorycznych “wstążkowych czujników” badane jest jego zachowanie podczas szybkiej jazdy. „Ford Drugi” płacze podczas jazdy testowej. Jest zaskoczony.
Czy fabuła zaskakuje widza? I tak, i nie. Historię znamy, ale scenariusz ukazuje wątki z kilku perspektyw. Sceny wyścigów mieszają się z obrazem domu rodzinnego Kena Milesa i jego żoną, która zawsze czeka na „swojego bohatera”. Sceny ulic pełnych krążowników, spokój i brak pośpiechu a za chwilę zgiełk, ryk silników i dziesiątki wyścigówek pełnych żądnych wygranej ryzykantów. To przypomina, że kierowcy, którzy wtedy startowali mieli również rodziny i poza torem często żyli życiem zwykłego obywatela. Czasem tylko „zaszaleli” …
Czy warto obejrzeć ten film? Zdecydowanie tak. Jako jeden z nielicznych filmów “wyścigowych” ten obraz łączy dwa światy – ten wyścigowy i ten poza nim. Ukazuje ludzkie cechy i sposoby na rozwiązywanie problemów. Udowadnia, że sukces ma wielu ojców a za każdym kolejnym “wazonem” kryje się ciężka praca. Świat wyścigów to nie tylko celebryci a polem bitwy może być połać asfaltu. Po tym seansie wsiadając do swojego Focusa (czy innego Forda) z pewnością spojrzycie na niego inaczej. On też ma w sobie „coś” z Forda GT 40.
Ocena:
Sceny akcji: 9/10
Bohaterowie: 8/10
Scenariusz: 7/10
Aktorstwo: 8/10
Łączna: 8/10
