Japońska prefektura Kanagawa znajduje się tuż u podnóża góry Fuji. Wokół niej rozpościera się bajkowy krajobraz, który tylko czasem zakłóci ryk silnika lub pisk opon przejeżdżającego samochodu. U podnóża góry ścielą się wąskie, ale równe asfalty. To idealne trasy na zorganizowanie wyścigów górskich. Drogi te są bardzo kręte, ale i bezpieczne, gdyż od zatrzymania się w przydrożnych krzakach lub nieco niżej – w najbliższej przepaści, chronią solidne barierki.
Dla mieszkańców okolic Hakone taki widok to nic nadzwyczajnego, przecież drogi w górach wszędzie są podobne. Jednak to kręte fragmenty tras, które oplatają Hakone i pną się u podnóża góry Fuji już ponad 50 lat nieustannie przyciągają „ścigantów” z całego świata. „Ścigantów”, bo raczej trudno od nich wymagać okazania licencji wyścigowej a same zawody często mają kategorię tych „nieoficjalnych”, nieujętych w żadnym kalendarzu imprez. Organizowane są w niezwykle „spontaniczny sposób”.
Odcinki dróg wokół Hakone już pod koniec lat 60-tych odkryli młodzi Japończycy, którzy swoimi tylnonapędowymi Datsunami Z i Nissanami Skyline zaczęli gromadzić się w piątkowe wieczory. Podczas, gdy mieszkańcy Hakone śnili o spokoju, ten zostawał im odebrany przez ryk rzędowych i widlastych „szóstek” oraz pisk dartych opon. Choć z powodu częstej mgły nie było widać sprawców tego zamieszania, ich obecność stawała się coraz bardziej powszechna i małe Hakone musiało zaakceptować hałaśliwe towarzystwo.
Kręte drogi wokół Hakone
Źródło: Mapy Google
„Jazda przodem to żadna przyjemność” – pomysł jazdy w kontrolowanym uślizgu liczy sobie ponad 80 lat, ale to właśnie te drogi są najlepszymi trasami do driftingu. Niestety, równie szybko jak Japończycy, również ich policja odkryła te drogi. Na szczęście wynalazek „krótkofalówki” pomógł skutecznie uciec przed stróżami prawa. Zanim policyjna Toyota Crown czy Nissan Skyline przybyły na „miejsce przestępstwa”, podejrzanych już nie było. O pościgu można było jedynie marzyć, gdyż radiowozy napędzały silniki diesla.
Nie pomogły nawet grube słupki ustawione pomiędzy pasami ruchu. Jak szybko się pojawiały, tak szybko znikały. Drifterzy znaleźli sposób na to, aby trasa była przejezdna i nic im nie zagrażało. Nawet na stalowy słupek znalazła się odpowiednia piła – przecież „zagrażał bezpieczeństwu jazdy”, cokolwiek to miało znaczyć. Wszelkie inne pomysły w postaci patroli, rozstawiania radarów czy nawet montowania progów nie pomogły. Te ostatnie szybko znikały pozostawiając po sobie dwie dziury w asfalcie.
Bezpieczeństwa na górskich serpentynach i tak nie udawało się utrzymać, ponieważ często dochodziło do wypadków z udziałem „driftmaszyn”. Gdy te ślizgiem pokonywały zakręt zajmowały całe dwa pasy ruchu, co często kończyło się wizytą przodu innego pojazdu w boku ślizgającego się auta. Dotyczyło to głównie turystów, którzy jeździli tam własnymi pojazdami. „Miejscowi” w tym czasie spokojnie czekali na koniec „imprezy”, by bezpiecznie przejechać bez narażania się na „dzwon”.
Na początku lat 90-tych Hakone stało się na tyle znane, że przyciągnęło również zagraniczną „brać drifterską”. Wśród rodzimych tylnonapędowych Toyot, Nissanów, Mitsubishi, dużych Hond i „czteropędnych” Subaru pojawiły się również „małe” Mercedesy 190 i BMW serii 3, w których „przypadkiem” zepsuto tylną szperę. „Król Hakone” był tylko jeden – Skyline, który wyposażony w potężne turbo oraz podtlenek azotu był doskonale przygotowany do szybkiego rozprostowania krętego, wąskiego asfaltu.
„Godzilla” wyrusza na żer
Źródło: jalopnik
Dziś Hakone Turnpike jest znane na całym świecie. Już nie tylko Nissany Z czy Skyline, ale na krętych asfaltach wokół Fuji można spotkać mocne australijskie Holdeny i Fordy z dużym V8 pod maską. Po krótkiej nieobecności „Król” powrócił. Zupełnie nowy GTR, który dziś jest oddzielną marką, z racji dużej masy zyskał przezwisko „odrzutowego kowadła”. Pomimo wsparcia napędu przez przednie koła potrafi na Hakone zaznaczyć swoją obecność najdłuższym slajdem.
Obecnie drifterzy nie są już tak przeganiani z Hakone jak jeszcze 20 laty temu. Mieszkańcy okolicznych miejscowości dzięki nim mają pracę oraz znaczne dochody z turystyki. Organizowane są oficjalne zawody a nad bezpieczeństwem drifterów i „ścigantów” czuwa nie tylko służba medyczna, ale również …. „drogówka”, która tym razem nie zamierza się ścigać. Co najwyżej – może wręczyć trofeum. Najwięcej tego typu imprez odbywa się na odcinku drogi zwanym „Mazda Route”.
Ten odcinek drogi o długości nieco ponad 14 km to nie tylko „łącznik” japońskiej krajowej „Jedynki”, ale przede wszystkim doskonały sprawdzian dla umiejętności kierowcy i sprawności jego maszyny. Ten fragment jest szeroki – ma trzy pasy ruchu, co wpływa na bezpieczeństwo przejazdu (czytaj: szerszy i dłuższy poślizg). Oczywiście, na czas zawodów (tych legalnych) droga jest zamykana a wjazd na nią blokują widoczne na zdjęciu poniżej bramki. Trasa jest zabezpieczona przez, a jakże, japońską „drogówkę”.
Wjazd na „Drogę Mazdy”
Źródło: Mazda
Na Hakone są również testowane nowe mocne japońskie superauta, dzięki czemu ich przyszli kierowcy mogą cieszyć się z doskonałego prowadzenia. To tu testowano nową Hondę NSX, Toyotę GT86, Nissana Z370 czy ostatnio nową Toyotę Suprę. Choć przez lata krajobraz wokół Hakone i góry Fuji znacząco się zmienił … nie zmieniło się jedno – w piątkowe wieczory we mgle można zobaczyć łunę świateł i usłyszeć pisk palonych opon. Potwory budzą się i ruszają na żer. Może tym razem „coś” złowią?



