Od pierwszej maszyny, która służyła do transportu ludzi lub towarów wiemy, że do jej prowadzenia potrzebny jest kierowca. Niezależnie od tego, czy konie są „biologiczne” czy mechaniczne – zawsze nimi steruje „ktoś”, kto ma umiejętności i stosowne uprawnienia do kierowania pojazdami. Dla większości kierowców ten fakt nie jest niczym niezwykłym, jest swego rodzaju normą. Niestety, dla producentów to My jesteśmy odpowiedzialni za wypadki a elektronika ma być dla nas pomocą a czasem nawet ma decydować za Nas w co i kiedy uderzymy.
Pierwsze próby z pojazdami autonomicznymi wykonywano już w latach 20-tych. W tym celu wykorzystywano fale radiowe lub połączenia kablowe. Najczęściej polegało to na tym, że pojazd, którym sterowano był połączony za pomocą kabli z drugim pojazdem. Z wnętrza tego ostatniego próbowano przejmować kontrolę nad „pojazdem bez kierowcy”. Niestety pomysł sprawdzał się jedynie przy jeździe na wprost, z manewrami były kłopoty. Elektronika reagowała z dużym opóźnieniem i pojazdy często odwiedzały okoliczne krzaki lub rowy.
Autonomiczny Chandler – zdjęcie z 1926 roku
Źródło: Discovery Magazine
W latach 50-tych system był już na tyle dopracowany, że jego używanie nie zagrażało innym uczestnikom ruchu. Dlaczego? O kierunku, prędkości i zatrzymaniu pojazdu zawsze decydował człowiek, który nadzorował ruch w „czymś”, co dziś określa się centrum monitoringu. Pomimo wielu wad, człowiek miał nad maszyną wielką zaletę – nie był maszyną różnicową i nie szacował w co może uderzyć i kogo pozbawić życia. Po prostu działał, choć jego działanie nie zawsze było skuteczne. W latach 70-tych pojawiły się komputery na tyle „mądre”, że jeden algorytm miał możliwość zastąpienia człowieka.
Komputer rozpędzał i hamował, później nauczył się zmieniać kierunki aż wreszcie nauczył się przewidywać to, czego człowiek nie zauważy w ciągu 1/1000 sekundy. Dwadzieścia lat później technologia trafiła do produkcji seryjnej i pojawiła się na drogach publicznych. Narzędzie, które było pod naszą kontrolą z upływem czasu stało się myślącym robotem, który odpowiada za nasze bezpieczeństwo. Niestety, jak się później okaże, robot ten nie był niezawodny. Pomimo wykrycia wielu wad autonomia stawała się coraz powszechniejsza i tańsza w produkcji.
I tak oto od kilkunastu lat wizja pojazdu bez kierowcy staje się rzeczywistością. Bogatemu klientowi oferuje się powierzenie kontroli nad wszystkim co dotyczy jazdy, biedniejszemu – tylko wspomaganie i ostrzeganie przed niebezpieczeństwem. Oznacza to, że pojazd sam zahamuje, pomoże zmienić kierunek jazdy, ale nie potrafi samodzielnie prowadzić na długim dystansie. I dobrze! Choć lubimy postęp, ten ostatnio okazuje się być przyczyną wielu wypadków lub spektakularnych „wpadek” producentów. Szukacie dowodów?
Odnotowano już przynajmniej kilkadziesiąt wypadków spowodowanych przez system umożliwiający autonomiczną jazdę. Najwięcej z udziałem Tesli, która, oprócz tego, że czasem lubi się zapalić, po prostu nie wykryje niebezpieczeństwa na drodze. Według opinii ekspertów lepszy system oferuje Cadillac, który prace nad wspomaganiem kierowania pojazdem rozpoczynał już w latach 50-tych. W tym przypadku wieloletnie doświadczenie przyniosło spodziewane efekty. O spektakularnych wypadkach autonomicznych Cadillaków niewiele słyszeliśmy.
Autonomia generuje wiele dziwnych sytuacji. Prasa opisała przypadek gdy Tesla w trybie autonomicznym „zabiła” innego robota. Robot ten nie został odpowiednio wcześnie wykryty przez radar a skutki „potrącenia” „poszkodowany” odczytał jako brak funkcji życiowych. Tesla uciekła z miejsca wypadku. Jak to zinterpretować? Jako próbę morderstwa robota na robocie – pierwszy tak absurdalny przypadek w historii robotyki, który jest trudny do oceny. Jak i czy ukarać Teslę za ten czyn? Kto za to odpowie? Maszyna czy człowiek a może roboty „załatwią to” między sobą?
Czy wypadki chodzą tylko po ludziach?
Źródło: CES
Gdyby ukarać Teslę trafiłaby na minimum 5 lat pozbawienia garażu i karmienia za pomocą ładowarki domowej, która korzysta ze źródeł odnawialnych. Skutkiem tego byłoby postępujące utlenienie metali oraz duży spadek wydajności akumulatorów i w konsekwencji dalsze ryzyko pozbawienia pojazdu zdolności „logicznego myślenia”, którego zresztą wcześniej … nie miała. Tak, wiemy, że to pomysł co najmniej dziwny, ale do tego sprowadza się nadawanie pojazdom cech ludzkich. Maszyna nigdy nie będzie człowiekiem, choć można jej przypisywać cechy człowieka.
A może „coś” przegapiliśmy? Może maszyny już myślą jak człowiek? Ostatnia wpadka BMW, które ochoczo zdemolowało manekina podczas prób awaryjnego hamowania pokazuje, że być może fabuła ukazana w „Christine” to rzeczywistość a nie fikcja filmowa. Skoro nawet nie próbuje hamować a jest wyposażony w taki system to znaczy, że „umyślnie” wjeżdża w przeszkodę. Sytuacja jak z filmu „Ja, Robot”, ale tym razem to maszyny same próbują się zniszczyć. Fajnie, co nie? Nie, gdyż oznaczałoby to, że sztuczna inteligencja powoli przestaje być sztuczna.
Podobno postęp w dziedzinie przyznania autonomii robotom transportowym ma wyeliminować błędy związane z czynnikiem ludzkim. Czy robot sam załaduje towar? Zrobi to. Czy będzie sam w stanie dowieść transport do celu? Z pewnością tak. Czy na pewno nie będzie zagrażał innym, „żywym” uczestnikom ruchu? Tego niestety nie możemy zagwarantować. Jest jednak nadzieja, że przynajmniej przez kilka lat będziemy jeszcze mieć wpływ na algorytmy. Na szczęście dla Nas to My mamy wpływ na linijki kodu. Te już powoli komputer może modyfikować dla własnych potrzeb. Kiedyś sam będzie je sobie tworzył …
Tymczasem Autor tego tekstu zostawia Was z tym otwartym pytaniem. Pamiętajmy, że to My jesteśmy „Smart” i to od Nas zależy przyszłość techniki. Mądry programista zawsze zostawia sobie „furtkę” – fragment kodu, przez który może wprowadzić zmiany na przysłowiowy „wszelki wypadek”. Jeżeli programiści przestaną to robić, wtedy nasza Tesla zemści się za zbyt wolne ładowanie, BMW i3 za zbyt niski poziom oleju w REX-ie a Rivian pozbędzie się ładunku ze swojej „paki” w szybki i spektakularny sposób. Trzeba o tym pamiętać wgrywając kolejne aktualizacje. (r)Amen!


